Weblog

Wednesday, 31 March 2010

  • Nowy Blog Domu Nadziei

    Moi Drodzy!

    Od jakiegoś już czasu Xanga sprawiała mi niejakie problemy z umieszczaniem nowych wpisów, zdjęć i filmów. Z taego powodu postanowiłem przenieść się na Facebook. Niestety nasza strona Facebook jest po angielsku i wielu z Was wspomniało mi, że dobrze byłoby mieć jednak coś w naszym własnym języku.
    Od kilku dni wystartowaliśmy z naszą nową stroną na Blogger, tym razem po polsku! Mamy naszą własną domenę, która powinna ułatwić zapamiętanie adresu: www.domnadziei.com . Strona ta jest jeszcze w fazie dopieszczania i rozbudowy, ale mamy jednak nadzieję, że już teraz się Wam spodoba.
    Dziękuję wszystkim za zainteresowanie naszymi chłopcami i naszą pracą! dziękujemy Wam też za Waszą sympatię i stałe wsparcie, jakie od kilku już lat nam okazujecie!
    Razem z wszystkimi mieszkańcami Domu Nadziei pozdrawiamy Was serdecznie!
    Br. Jacek






Thursday, 31 December 2009

  • Into New Year with Facebook

    Nowy Rok, nowe radości, nowe wyzwania i nowa strona?
    Od jakiegoś już czasu Xanga sprawiała mi spore problemy z umieszczaniem nowych zdjęć i filmów. Video się ładuje, a później go nie widać na stronie. To samo ze zdjęciami!
    Między innymi z tego powodu postanowiłem założyć coś nowego, a Nowy Rok wydaje się być dobrą okazją do "nowych rzeczy".
    Znalazłem sobie miejsce na Facebook, które w niedalekiej przeszłości stała się bardzo popularną platformą komunikacji w necie. I chociaż nie jest ona tak kolorowa, jak inne strony mogłyby być, to jednak daje wspaniałe możliwości interakcji z przyjaciółmi i znajomymi.
    Postanowiłem więc spróbować jak nam z tym pójdzie. Czas pokaże.
    Ciekaw jestm też, co o tym myślicie???

    A na Nowy Rok życzymy Wam wszystkiego dobrego i oczywiście szampańskiej zabawy w Sylwesrową Noc. W "Domu Nadziei" też będziemy się bawić. Może nie do białego rana ale z całą pewnością do północy. Mamy przygotowanych troche kurczaków, dużo słodyczy i sztucznych ogni. A wszystko to będzie przeplatane sporą dawką gorącej, zambijskiej muzyki i tańców!
    Dosiego Roku!!!

    DSC_0057

Thursday, 06 August 2009

  • „Nieszczęścia chodzą parami”

    Ostatnie kilka dni nie były najłatwiejsze ani też nie należały do najprzyjemniejszych. Prawdą jest nasze stre powiedzenie, że „nieszczęścia chodzą parami”. U nas jest podobnie, gdy coś „złego” się dzieje, najczęściej dzieje się w sekwencjach.    

    W sobotnią noc jeden z naszych starszych chłopaków „z ulicy” wpadł pod przejeżdżającą ciężarówkę i zmarł na miejscu! O całym zajściu dowiedziałem się dopiero w poniedziałek, gdy przyszedłem „na ulicę”. Ta drastyczna historia dominowała wszystkie wiadomości, którymi bezdomny zazwyczaj nas darzą. Każdy z nich miał swoją wersję wypadków „ubarwioną” własną wyobraźnią. Dla nas zaczęła się mozolna praca weryfikowania wszystkich danych i próba dojścia do prawdy; kto, jak, kiedy i gdzie?

    Gdy już wiedzieliśmy, że ktoś naprawdę zginął, kolejnym zadaniem było upewnienie się, że ofira jest jednym z naszych bezdomnych chłopaków. Konieczna była wizyta w miejskiej kostnicy, gdzie okazało się, że na przestrzeni dwóch dni przywieziono aż pięć ciał zarejestrowanych jako „nieznany mężczyzna”. Przy czwartym zdeformowanycm, powypadkowym ciele, stara blizna nad lewym okiem ofiary szybko upewniła mnie, że to jeden z naszych chłopaków: William.

    Teraz staramy się odnaleźć któregokolwiek z jego krewnych. Problem w tym, że większość ze „starych bedomnych” ukrywa swoją prawdziwą tożsamość. Ktoś pamiętał, że jego brat mieszka na jednym z osiedli w Lusace i że jest stolarzem. To wszystko co mamy: nazwisko i zawód. Mamy nadzieję, że uda nam się go w jakis sposób wyłowić z morza ludzi zamieszkujących to osiedle.

    W międzyczasie organizujemy też pogrzeb, na którym wszyscy z bezdomnych chcą być obecni. Największym wyzwaniem jest zorganizowanie transportu i stypy dla ponad 200 ludzi! Na szczęście nie jesteśmy sami – z pomocą przyszli nam pracownicy z Opieki Społecznej i z jednego z zaprzyjaźnionych ośrodków. Pogrzeb prawdopodobnie odbędzie sie w sobotę.

    Zmęczony poszukiwaniami krewnych Williama spałem już twardym snem, gdy we wtorek wieczorem, około 22:30 obudziło mnie histerycze pukanie do drzwi. „Zastrzelili Lameck’a, leży martwy na ulicy koło City Market” – oznajmiają mi Thomas i Alex, przekrzykując się nawzajem. Dociekanie prawdy nie ma za wiele sensu, bo obydwoje ze świadków są wyraźnie „na haju”. Ubieram się więc pospiesznie i już jedziemy na miejsce wypadku. Gdy tam docieramy po 10 minutach, policja jest już na miejscu.

       Lameck – ofiara – nie był postrzelony, „tylko” pobity deską; nie zmarł, a tylko jest nieprzytomny. Policja szybko wysłuchuje świadków i sporządza raport. Chłopaka ładujemy na mój samochód i szybko jedziemy z nim do szpitala. W izbie przyjęć odzyskuje świadomość. Zaczyna się szycie, prześwietlenia i zastrzyki. Miał szczęście: tylko trzy rany, jeden duży guz i pęknięta kość policzkowa. Zostawiają go w szpitalu na obserwację, a my wraz z nim czuwamy przy łóżku aż do rana.

    W międzyczasie odworzę naszych pomocników spowrotem „na ulicę”. Przy porannym obchodzie lekarz stierdza, że nie ma potrzeby, by chłopak został dłużej w szpitalu. Z apteki odbieramy jakieś krople do oczy i tabletki przeciwbólowe. Pytam Lameck’a dokąd mam go zabrać. „Wracam na Soweto” – odpowiada. „Może chciałbyś trochę odpocząć w którymś z ośrodków?” – pytam. „OK, może masz rację”.

    W „Domu Nadziei” nie mamy wolnych miejsc, a i Lameck jest już dorosły i „za duży”. Zabieram go do jednego z zaprzyjaźnionych domów dla „dużych chłopców”, gdzie zgadzają się go przyjąć do czasu aż wyzdrowieje, chociaż wszyscy jesteśmy świadomi, że po kilku dniach sam wróci „na ulicę”.

    Co przyniosą nam kolejne dni? Zobaczymy już niedługo.


    Jacek


    Ofiary na potrzeby Domu Nadziei:
    PKO BP S.A. CBE "INTELIGO", Jacek Rakowski, ul. Dworcowa 4/2, 77-430 Krajenka
    nr.: 50102055581111158520700291

Thursday, 16 July 2009

  • „Dziecię nam się narodziło...

    ...Syn został nam dany”.

    Jest środa. Obudziłem się wcześnie rano, krótko po czwartej. Poniedziałek i wtorek były w Zambii dniami wolnymi od pracy, dzieci nie poszły do szkoły, więc trzeba sie nimi by  ło zająć w ośrodku, zorganizować w jakiś kreatywny sposób nadmiar wolnego czasu,więc o odpoczynku nie było mowy.

    Leżę w łóżku próbując zmusić się do spania ale sen nie chce już przyjść. Wyłażę spod moich kocy i śpiwora, by włączyć farelkę. Czekając aż pokój się trochę nagrzeje, wciąż w horyzontalnej pozycji, chwytam mój różaniec i modlę się po cichu w ciemności.

    Jedna myśl wciąż przeplata się pomiędzy zdrowaśkami kierując moje westchnienia w stronę naszych bezdomnych przyjaciół z ulicy. Wiem, że nie jest im łatwo w tych dniach, bo lipiec to najzimniejszy miesiąc zambijskiego roku. Przeziębienia, grypa i poparzenia powodują, że i tak niełatwe życie bezdomnych staje się jeszcze trudniejszym do zniesienia.

    Ostatecznie decyduję się pojechać „na ulicę”. Uzupełniam jeszcze moją „polową apteczkę” i po kilku łykach gorącej kawy jestem już w dordze do Soweto Market. Dzień powoli się budzi, ciężkie chmury całkowicie przesłaniają wstające słońce. Przy ognisku spotykam małą grupkę tych, których przeszywające zimno już wypędziło spod worków i gazet pod którymi skuleni spali w pobliskich, opuszczonych w nocy straganach. Zwykłe pozdrowienia i wymiana ostatnich wiadomości. Szybko rozglądam się do okoła w poszukiwaniu „nowych” dzieciaków i z cichą radością odkrywam, że jestem w otoczeniu tylko „starych znajomych”. Zimno lipca znacznie re    dukuje liczbę nowoprzybyłych adeptów bezdomności. We wrześniu, gdy temperatury wzrosną, sytuacja się odmnieni.

    Rozkładam swój „stragan pierwszej pomocy” i niezwłocznie za moimi plecami ustawia się całkiem spora kolejka potrzebujących. Kilka przecięć i poparzeń, które trzeba przemyć i opatrzyć. Bóle głowy, gorączka, katar i ból gardła, co do których nigdy nie wiadomo na ile są objawami grypy, a na ile zwykłym rezultatem wdychania oparów benzyny, którą bezdomni w Lusace się odurzają. Niemniej jednak tabletki, które rozdaję, przynoszą nieco ulgi moim „pacjentom”.

    Kontem oka dostrzegam stojącą na uboczu, z przystawiona do nosa butelką Bridget. Znamy się już od długiego czasu. Ma około siedemnastu lat i jest jedną z nielicznych dziewcząt „mieszkających” na ulicy. Mam ją „na oku” od jakiegoś czasu, bo Bridget spodziewa się dzidziusia. Kilka razy już starałem się przekonać ją, by poszła ze mną do Opieki Społecznej i w którymś z ośrodków „przeczekała” aż dziecko sie urodzi. Niestety nigdy nie chciała się zgodzić. Raz nawet została zabrana „z ulicy” na siłę, ale po tygodniu wróciła na stare śmieci.

    Dzisiaj sama podchodzi do mnie, w milczeniu patrzy na mnie swymi obłąkanymi oczami. Pytam: „Jedziemy?” i ku mojemu małemu zdziwieniu w odpowiedzi kiwa potakująco głową. Szybko uwijam się z pozostałymi opatrunkami i już maszerujemy razem w kierunku pozostawionego na pobliskim parkingu samochodu. Najpierw jedziemy do Domu Nadziei, by Bridget mogła się wykąpać i zjeść śniadanie zanim odwiozę ją do Opieki Społecznej. Mamy trochę czasu, myślę, bo biura otwierają około 9:00, a jest dopiero 7:30. Zostawiam dziewczynę pod opieką naszej „babci” – Margaret, a sam idę do siebie pod prysznic. Krótko po tym jak kończę moje małe poranne przyjemności, pukanie do drzwi przerywa moje śniadanie. „Ba Mbuje (w języku bemba: Babcia) woła cię do ośrodka” oznajmia mi mały Patrick. Chwytam mój polar i idę do naszego małego biura w Domu Nadziei, a tam Margaret w podnieceniu mówi mi: „Zaczęło się, musimy jechać do szpitala”; „Co sie zaczęło?” pytam. „Dziecko jest w drodze i wody odeszły”.  

    Szybko pakujemy poduszki i koce na tył mojego pick-upa, a na nich kładziemy młodą mamę. Z włączonymi światłami i klaksonem, szybko przeciskamy się pomiędzy utkwionymi w porannym korku samochodami. Po 15 minutach dociermy do szpitala, a ja dziękuję Bogu za to, że mieszkamy w mieście. Po wstępnym badaniu lekarz mówi nam, że mamy jeszcze kilka godzin zanim dziecko się urodzi. Wręcza mi listę potrzebnych rzeczy: strzykawki, skalpel, pieluszki, koc, śpioszki, itp. Margaret zostaje z dziewczyną na porodówce, a ja udaję się na zakupy.

    Po 40 godzinach z radością witamy na oddziale Brigdet i jej synka! Pacjętki, z którymi już zdążyliśmy się zaprzyjaźnić zgodnie oznajmiają, że na imię będzie miał Isaac, a mnie obdarowują dumnym tytułem: „Ba shi Isaac”, co w języku Bemba znaczy tyle co: „Ojciec Isaaka”. Wszyscy się śmiejemy i z radością patrzymy na szczęśliwą twarz dziewczyny z miłością zapatrzoną w miniaturową, różowawą postać zawiniętą w pieluszki i koce. Wśród całej tej radości i podniecenia modlę się w sercu, by instynkt macieżyński Bridget okazał się silniejszy niż jej uzależnienie od ulicy. Gdy teraz na nią patrzę, gdy siedzi na szpitalnym łóżku z „przyssanym” do jej piersi niewinnym człowieczkiem, nawet mnie ciężko jest uwieżyć, że niespełna dwa dniu temu siedziała na Soweto z przystawioną do nosa butelką, wdychając opary benzyny.

    Jacek


    Ofiary na potrzeby Domu Nadziei:
    PKO BP S.A. CBE "INTELIGO", Jacek Rakowski, ul. Dworcowa 4/2, 77-430 Krajenka
    nr.: 50102055581111158520700291

  • Visit mojaafryka's Xanga Site
    • Name: Jacek
    • Gender: Male
    • Member Since: 12/2/2006

Chatboard (2)

  • mojaafryka
    Pozdrawiam wszystkich serdecznie tym razem z Polski! Od trzech tygodni i przez kolejny tydzień więcej jestem w kraju na krótkim urlopie. Korzystając z ponownego dostępu do szybkiego internetu, udało mi się załadować kilka nowych videoclipów, które mam nadzieję, że się wam spodobają. A w nich między
  • mojaafryka
    Tu można zostawiać pozdrowienia i krótkie wiadomości

Archives

Don't worry - your calendar is here… to see it in action just click "Save" above and refresh the page.